50 twarzy Greya – recenzja filmu

Pierwszą recenzją, jaka pojawia się na tym blogu jest… Recenzja filmu. I to nie byle jakiego, bo oczekiwanego przez ogromne rzesze fanów, a także szumnie zapowiadanego. Chyba nie ma osoby, która nie słyszałaby chociaż raz tego tytułu – „50 twarzy Greya”. Czy naprawdę było na co czekać i dla kogo jest to film – o tym poniżej.

Historia to jest dość prosta. Oto skromna studentka literatury, Anastasia Steele, w zastępstwie przyjaciółki jedzie przeprowadzić wywiad z rekinem biznesu, diabelnie seksownym Christianem Greyem.
Grey

Po dość efektownym wejściu do biura dziewczyna zadaje Greyowi kilka pytań, po czym wychodzi w zasadzie bez żadnego konkretnego materiału, natomiast bogatsza o zainteresowanie swojego rozmówcy. I tak właśnie zaczyna się „romans”, chociaż to może złe słowo, bo jak sam Grey mówi, on nie bawi się w romanse. Ich relacja ma opierać się na pewnej umowie… Ale więcej już nie zdradzę, bo być może jest ktoś, kto nie zna tej historii i chciałby to nadrobić.


Ekranizacji na pewno nie da się zarzucić braku zgodności z książką. Ledwie nakreślona fabuła, a właściwie jej brak, a do tego słabo zaznaczone postaci – zarówno na papierze, jak i na ekranie. Autorzy scenariusza najwyraźniej starali się upchnąć w filmie jak najwięcej z powieściowych wydarzeń, nie zmieniając ich i nie popuszczając zanadto wodzy swojej wyobraźni. Co jednak zarzucić bym mogła to fakt, że mimo iż film zgodny jest z książką, to może się tym samym stać niezrozumiały dla tych, którzy z powieścią nie mieli do czynienia. Odniosłam wrażenie, że oglądam zlepek scen, które wycięto z jakiejś całości i gdyby nie to, że książkę czytałam, nie umiałabym sobie całej historii logicznie ułożyć w głowie. Wygląda to trochę na zasadzie – dużo treści, natomiast potraktowanej „po łebkach”.

Pewnym wyjątkiem od wierności pierwowzorowi jest jednak postać Anastasii, która w filmie ma dość zmieniony charakter i nie jest tak nijaka, jak w książce. Zyskała nawet poczucie humoru i pewną zadziorność. Co zaś tyczy się Greya, do prawdziwego biznesmena mu daleko, a już na pewno do tajemniczego mężczyzny z mroczną tajemnicą. Ot, zwykły chłopak, z takim wyjątkiem, że elegancki i bogaty. Ale na pewno nie jest niepokojący. Aktorska para Dakota Johnson i Jamie Dornan nie wczuli się w postaci na tyle, by stworzyć przekonujące kreacje i by tchnąć między swoich bohaterów chemię czy pożądanie.

Natomiast słynne przygryzanie wargi przez Anastasię zyskało nawet własne sceny – kilkukrotne zbliżenia na wargi dziewczyny oraz zagryzanie ich w co drugim ujęciu…

grey2

Scen łóżkowych jest dość sporo, natomiast nie są ani szczególnie pikantne – choć fakt, trochę nagości tu uświadczymy – ani… podniecające. Tak naprawdę z ekranu nie czuć chemii, nie są to sceny ociekające zmysłowością, nie są intrygująco pokazane, nie działają na nasze zmysły.  Coś, co było sporą częścią powieści i właściwie na czym opierała się relacja Any i Christiana, przynajmniej na początku – wcale nie sprawiło, że spadły mi buty z wrażenia. Nie były to może sceny złe, ale na pewno nie na miarę filmu określanego mianem „erotyczny”.

Natomiast oprawa muzyczna filmu zasługuje na pochwałę – muzyka była naprawdę klimatyczna i zwyczajnie ładna. Wydaje mi się, że ścieżki z tego obrazu zawitają w moich słuchawkach jeszcze nie raz.

Podsumowując – to nie był dobry film; oceniany jako ekranizacja – zbyt dużo treści potraktowanej trochę po macoszemu, przez co niektóre sceny wydawały się jakby wyrwane z kontekstu. Zbyt dużo niedopowiedzeń psujących odbiór. Natomiast gdybym oceniała „50 twarzy Greya” jako film sam w sobie – nie obroniłby się. Miałka fabuła, niezbyt ciekawi bohaterowie i  sceny erotyczne bez polotu czy finezji nie czynią z obrazu arcydzieła. Jest to kolejna, przeciętna produkcja – romans dla dorosłych. Nic tu odkrywczego.

Nasuwają mi się wnioski następujące – w tej książce jest zbyt mało fabuły, zbyt mało danych, by zrobić z niej dobry film. Powstał obraz, który jest tak naprawdę o niczym. Nic konkretnego tu się nie dzieje, nie ma emocji, nie zżywamy się z bohaterami. Gdy ujrzałam napisy końcowe, miałam wrażenie, że film tak naprawdę do samego końca nie zdążył się rozkręcić. Jeśli komuś książka się podobała, może jak najbardziej obejrzeć, ale nie ręczę, że wyjdzie z kina zadowolony. Jeśli natomiast książki nie znacie/nie lubicie, myślę, że nie warto marnować pieniędzy na bilet do kina. Z drugiej strony jest to opowieść na tyle już zakorzeniona w kulturze masowej, że dobrze mieć własne zdanie na temat historii Anastasii i Christiana i chociażby z tego względu można film obejrzeć.

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Reklamy

2 thoughts on “50 twarzy Greya – recenzja filmu

  1. Pingback: Top 10 dziwnych haseł z Google, które mogą zaprowadzić na blog z recenzjami | iambiblioholic

  2. Pingback: Urodziny bloga + KONKURS! Wygraj „Rachunek” Jonasa Karlssona | iambiblioholic

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s