Szpiegostwo w starym stylu, czyli „Kingsman. Tajne służby”

Najnowszy film twórcy takich dzieł, jak „Gwiezdny pył”, „X-Men: Pierwsza klasa” czy „Kick-Ass”, Matthew Vaughna, daje pstryczka w nos współczesnemu kinu akcji. W swojej produkcji reżyser wraca do korzeni filmów o tajnych agentach, czerpiąc z nich garściami i biorąc to, co było w nich najlepsze. Mamy tu więc dżentelmenów w dobrze skrojonych garniturach, zabójcze gadżety, brytyjski humor, a także… szalonego fanatyka telefonii komórkowej. Jak bardzo wybuchowa jest ta mieszanka?

iambiblioholic recenzje

Źródło: filmweb.pl

Historię oparto na komiksie Dave’a Gibbonsa i Marka Millara „The Secret Service”. Tajny agent Harry Hart, którego kariera zbliża się do końca, bierze pod swe skrzydła Eggsy’ego, syna kolegi po fachu, który tragicznie zginął podczas misji. Chłopak żyje z matką i jej partnerem, ale nie jest to życie dobre – ciągłe zatargi z policją, bójki… Pod wpływem Harry’ego Eggsy postanawia odmienić swój los i trafia na szkolenie, mające wyłonić nowego członka stowarzyszenia tytułowych Kingsmanów. Dodam tylko, że to nie jest zwyczajne szkolenie – uczestnicy muszą wykazać się szeregiem umiejętności, począwszy od sprytu, poprzez radzenie sobie w sytuacjach niespodziewanych i bardzo stresowych…

W międzyczasie do agencji dochodzą wieści o poczynaniach niejakiego Valentine’a, którego niecny plan może doprowadzić do zagłady ludzkości. Agenci, wśród których jest oczywiście Eggsy, rozpoczynają walkę z czasem, by powstrzymać szalonego mężczyznę, któremu pomaga asystentka – ostra z niej laska, i to dosłownie…

„Kingsman” nie jest filmem poważnym, opowiadającym na serio historię o tajnych agentach. To pastisz, pewnego rodzaju parodia, komediowe nawiązanie do filmów o służbach specjalnych. W jednej ze scen pada zdanie na temat tego, że dzisiaj nie robi się już takich filmów szpiegowskich jak kiedyś – i to jest w zasadzie myśl przewodnia „Kingsmana”. To swego rodzaju pstryczek w nos dany obrazom kręconym współcześnie, z powagą, patosem i bez grama dobrej zabawy. Zauważyłam odniesienia do starych filmów o Jamesie Bondzie – humor wymieszany z akcją, a agenci posługują się ciekawymi gadżetami, mającymi ukryte funkcje… jak na przykład kuloodporna parasolka, mój osobisty faworyt. Brak tu szorstkości czy powagi – wszystko podane mamy z nutką niefrasobliwości i lekkości. Humor zasługuje na pochwałę – typowo brytyjski, ironiczny; sprawia, że nie raz uśmiechamy się podczas seansu.

Sam schemat historii nie jest wielce oryginalny – oto chłopak z marginesu dostaje szansę na zmianę swojego życia i w miarę postępu fabuły faktycznie się zmienia, by na końcu stać się bohaterem. Przemiana Eggsy’ego jest jednak pokazana w sposób przekonujący, nie staje się on z dnia na dzień dobrym chłopcem chcącym zbawiać świat. Stopniowo staje się dżentelmenem i coraz bliżej mu do agenta rodem z filmów o Jamesie Bondzie – scena ze szwedzką księżniczką nasunęła mi skojarzenie z uwielbieniem agenta 007 do pięknych kobiet… Tak samo wyraźnie zarysowani są inni bohaterowie – w taki sposób, że możemy ich polubić i zżyć się z nimi… A nawet uronić łzę.

iambiblioholic recenzje

Źródło: cdn.collider.com

Cała historia poprowadzona jest niezwykle dynamicznie, mamy sceny akcji, wybuchy i walkę, niekiedy krwawą i odbywającą się w miejscach, których w życiu bym się nie spodziewała zobaczyć jako areny dla jatki… Czyli jest wszystko to, co tygryski lubią najbardziej w filmach szpiegowskich, a na dodatek nie zawsze podane na poważnie, ale w dobrym starym stylu. Bitwa o ocalenie świata przeplata się z momentami lżejszymi, naszpikowanymi humorem i przesyconymi ironią, co zagwarantowało mi świetną zabawę i sprawiło, że co i raz wybuchałam śmiechem lub siedziałam wbita w fotel z zaskoczenia. Gwarantuję, że po seansie fajerwerki nie będą już dla was tym samym, co wcześniej…

Dodatkowo dzieła dopełnia muzyka, w moim odczuciu świetna, ale przede wszystkim dodająca klimatu – w odpowiednich scenach dynamiczna, w odpowiednich spokojna…

Gra aktorska moim zdaniem zasługuje na ogromną pochwałę. Collin Firth w szytym na miarę garniturze, jako tajny agent – dżentelmen skradł prawie cały film. Utwierdzam się w przekonaniu, że to świetny aktor i Oskar za rolę w „Jak zostać królem” nie został przyznany pochopnie. Inni artyści, choć pozostają nieco w cieniu Firtha, też spisują się nieźle – Taron Egerton jako Eggsy wypada bardzo przekonująco. To młody aktor, a na podstawie jego świetnego występu w „Kingsmanie” wróżę, że chłopak rozwinie skrzydła w innych produkcjach i bardzo mu kibicuję. Także sepleniący Samuel L. Jackson w roli Valentine’a spisuje się genialnie. Sprawił, że szalony fanatyk technologii naprawdę był szalony, a w dodatku czułam, że artysta bawił się swoją rolą i stał się postacią, w którą się wcielał, a nie tylko ją odgrywał.

iambiblioholic welkinson recenzje

Źródło: joblo.com

W tym filmie nie chodzi o realizm, o patos, o mroczną historię ani ciężki klimat. To kino rozrywkowe, w którym bohater mruga do nas okiem podczas ratowania świata. Znika w chmurze kurzu w trakcie strzelaniny, po czym wychodzi z niej bez szwanku, nonszalancko strzepując niewidzialny pyłek z idealnie wyprasowanego garnituru. Dokładnie tak samo, jak agent 007 w starszych produkcjach – dziś natomiast tego rodzaju filmy kręci się na poważnie i brak jest tej lekkości, pozwalającej oderwać się nam od szarej rzeczywistości. „Kingsman” pokazuje, że można zrobić film nie do końca poważny, ale nadal pełny akcji i wywołujący emocje, a dodatkowo opowiadający ciekawą historię. Jeśli o mnie chodzi, zdecydowanie to kupuję i nie żałuję pieniędzy wydanych na bilet do kina.

Reklamy

6 thoughts on “Szpiegostwo w starym stylu, czyli „Kingsman. Tajne służby”

  1. Wybrałam się na ten film z chłopakiem do kina. Lekko sceptycznie, ale skoro zwiastun na wstępie mnie nie zraził, to stwierdziliśmy, że czemu nie. I nie zawiodłam się. Potrzebowałam rozrywki w dobrym guście i dostałam. Wszystkim znajomym teraz polecam. 🙂

    Lubię to

    • Bo to właśnie film rozrywkowy, a do tego dobrze zagrany i całkiem zabawny, można się dobrze bawić podczas seansu 🙂 też byłam z chłopakiem… w walentynki 😀 idealna alternatywa dla wszechobecnego wtedy Greya 😀

      Lubię to

      • W okolicach Walentynek byłam na „Pingwinach…” i proszę o bilety z rezerwacji na tą i na tą godzinę, a babka: „nie ma na tą godzinę. Jest 18:20 albo 18:45 (czy jakieś tam godziny)” A ja: „eeee… 18:30, Pingwiny z Madagaskaru” A ona: „aaaa Pingwiny…”
        Myślałam, że ją zatłukę. -.-

        Lubię to

  2. Pingback: Top 10 dziwnych haseł z Google, które mogą zaprowadzić na blog z recenzjami | iambiblioholic

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s