Polowanie na demony. Cassandra Clare – „Miasto kości”

W dobie mody na paranormalne romanse i antyutopie trudno znaleźć lekką, młodzieżową opowieść, w której główne miejsce zajmą emocjonujące przygody i interesujący świat zamiast przydługich miłosnych rozterek wysuwających się na główny plan. „Miasto kości”, pierwszy tom cyklu Dary Anioła, zapowiadało się na tym tle ciekawie, zwłaszcza biorąc pod uwagę pozytywne i wręcz chwalące powieść wniebogłosy opinie. Czy to faktycznie tak dobra historia?

DSC_4180....JPG

Clary jest zwyczajną nastolatką i zajmuje się całkiem zwyczajnym życiem na Ziemi – aż do wieczoru w klubie, kiedy jej uwagę zwraca tajemniczy blondyn z nożem, śledzący innego tajemniczego chłopaka, tym razem bez noża, ale mającego chęć na bliższą znajomość z pewną piękną dziewczyną… To wystarcza, by Clary wkroczyła do akcji i ujrzała scenę niewidoczną dla zwykłych śmiertelników – polowanie na demona. Od tego momentu życie dziewczyny diametralnie się zmienia – dowiaduje się o istnieniu demonów i Nocnych Łowców, ich pogromców, a także o świecie zamieszkałym przez wampiry, czarownice, elfy i inne fantastyczne postacie. Jakby tego było mało, tajemnicze istoty napadają na mieszkanie Clary i porywają jej matkę… Czy dziewczynie wespół z nowymi znajomymi uda się odkryć tajemnicę jej zaginięcia?

Mamy tu całkiem interesująco zakomponowany świat – Przyziemni, najnormalniejsi w świecie ludzie; obok nich żyją Nocni Łowcy, półaniołowie, pogromcy demonów, ale pozostają dla śmiertelników niewidoczni – chyba że nie użyją czarów. I gdzieś jeszcze w tym wszystkim istnieje świat Podziemny, zamieszkiwany przez typowo fantastyczne istoty – wilkołaki, wampiry, czarowników, elfy, wróżki… Wzajemne relacje między wszystkimi mieszkańcami ciężko nazwać przyjaznymi, funkcjonują raczej na zasadzie wzajemnej, wymuszonej polityką tolerancji. Cała ta koncepcja całkiem mi się podoba, choć zabrakło mi rozbudowania wątku Podziemnych – wiemy, że istnieją, ale nie mamy możliwości obejrzeć z bliska ich świata.

Co zaś tyczy się samej historii, miała potencjał na bycie ciekawą, tylko że… Większość książki jest w zasadzie o niczym. Przez jakieś 300 stron tej 500 stronicowej opowieści właściwie nic się nie dzieje. Bohaterowie chodzą, rozmawiają, czegoś tam niby próbują się dowiedzieć, ale w sumie niewiele z tego wynika. Mimo że poznajemy prawa rządzące światem, zdobywamy informacje i nawet obserwujemy kilka starć z nieprzyjaznymi istotami, to wszystko jest tak rozciągnięte, że spokojnie mogłoby zostać skondensowane na mniejszej liczbie stron i cała historia tylko by na tym zyskała.

Wątek miłosny nie wybija się na główny temat opowieści, pozostając niejako z boku i rozwijając się bardziej w wyobraźni i domysłach czytelnika, niż wprost. Co natomiast mogę mu zarzucić, to przewidywalność – już na etapie poznawania postaci wiedziałam, z kim romansować będzie Clary, no i oczywiście trafiłam w dziesiątkę. Owa postać stworzona została, podejrzewam, specjalnie jako obiekt westchnień dziewczyny.

DSC_4214....JPG

Na plus zdecydowanie jest natomiast zakończenie. Finał to jedyny moment, kiedy faktycznie wciągnęłam się w to, co czytałam i autentycznie miałam chęć dowiedzieć się, co było dalej. Końcowa akcja porywa i przede wszystkim zaskakuje. Nagle wszystko się wyjaśnia i układa w całość, ale nowe fakty nie dla każdego są wygodne. Zasmuca mnie jedynie to, że na ciekawsze wydarzenia musiałam czekać właściwie przez całą książkę. Nie wiem, z czego to wynika – być może miałam nieco wygórowane oczekiwania wobec tej książki i spodziewałam się przepełnionej akcją opowieści, a otrzymana przegadana w większości historia minęła się z nimi o lata świetlne…

Bohaterowie wykreowani są całkiem wyraziście, każdy ma swój charakter… Pomijając Clary. Główna bohaterka mocno działała mi na nerwy i wydała mi się nijaka, a do tego momentami zachowywała się naiwnie i jak dziecko. Natomiast jej towarzysz, Jace, mimo że nieco przerysowany, jest także najbardziej charyzmatyczną i wyraźną osobowością w całej książce i stanowi dokładne przeciwieństwo Clarissy.

„Miasto kości” miało zadatki na całkiem przyjemną w odbiorze opowieść, głównie poprzez ciekawie zarysowany świat i sytuację polityczną w nim. To zdecydowanie najmocniejszy punt programu. Natomiast co do fabuły i bohaterów… Cóż. Większość powieści jest przegadana i tak właściwie o niczym, wydarzenia są rozciągnięte tak, że większość czasu nic się nie dzieje, a my oglądamy rozmowy bohaterów i ich przekomarzania, nieprowadzące do niczego. Sytuację ratuje emocjonujące zakończenie i zaskakujące rozwiązanie akcji. Z tego wszystkiego wyłania się obraz niezbyt interesującej historii o grupie nastolatków, która zabija demony, jeżdżąc na polowania metrem, żyjącej w świecie pełnym magii i tajemnic – ale tego klimatu nie czuć na tyle, by zagłębić się w świat z prawdziwą przyjemnością. Nie jest to wybitne rozpoczęcie sagi i na razie nie jestem pewna, czy sięgnę po kolejne tomy, choć jest we mnie nadzieja, że może dalej robi się nieco ciekawiej. Z cała pewnością jednak istnieje wiele lepszych powieści z gatunku fantasy, po które warto sięgnąć zamiast „Miasta kości”.

Reklamy

15 thoughts on “Polowanie na demony. Cassandra Clare – „Miasto kości”

  1. Od dawna intryguje mnie ta seria. Z jednej strony tylu ludzi mi już ją polecało, że faktycznie powinna być dobra, jednak z drugiej obawiam się, że będzie to po prostu kolejna przeciętna powieść dla młodzieży. Najlepiej chyba będzie jak sam sięgnę po Miasto kości i wyrobię sobie o niej własne zdanie 🙂

    Lubię to

  2. Słyszałam same pozytywy, a widać, że coś negatywnego, niedopracowane i niewykorzystanego się pojawiło. Ale chyba mimo Twoich dość znaczących uwag, się skuszę. No jeszcze zobaczymy. 😉

    Lubię to

    • Zawsze warto sprawdzić samemu 😀 być może przez te pozytywne komentarze nakręciłam się na coś wow, a wow to to nie jest, niestety… Może w dalszych częściach jest lepiej, bo „Miasto kości” to pierwsza książka Clare 🙂

      Lubię to

  3. Jako osoba zakochana w twórczości Cassandry Clare odczuwam potrzebę wstawienia się za książką. Jak na początku wspomniałaś jest to pozycja młodzieżowa. Autorka owszem rozlegle opisuję akcję, ale pozwala to na wyobrażenie sobie świata, w którym żyją bohaterowie. Cassie w pierwszej książce chciała przybliżyć czytelnikom świat, który sobie wyobraziła i jest to tylko przedsmak czegoś niesamowitego. Wszystkie książki z serii „Dary Anioła” są ze sobą powiązane, jest to jedna, trzymająca w napięciu i sensowna historia. Mało tego, wiele faktów nawiązuje do drugiej serii-trylogii „Diabelskie maszyny”. Natomiast ze światem podziemnych możemy się lepiej zapoznać dzięki książce „Kroniki Bane’a”, czyli zbiorze opowiadań o Magnusie Bane’ie.
    ‚Miasto Kości” to tylko początek i nie należy się zniechęcać.

    Lubię to

    • Dzięki za komentarz 🙂

      Oczywiście, że jest to pozycja młodzieżowa i właśnie w ten sposób do książki podeszłam. Z reguły takie powieści mają dostarczyć rozrywki i zapewnić miło spędzony przy lekturze czas i właśnie takie miałam oczekiwania, sięgając po „Miasto kości”.

      Zacznę może od tego, że pierwszy tom serii owszem, ma za zadanie pokazać czytelnikowi świat i pozwolić mu się w niego zagłębić, jednak powinien przy tym zaintrygować, zaciekawić i zachęcić go do sięgnięcia po kolejne części. „Miasto kości” oceniam właśnie jako pierwszą książkę z sagi, wprowadzenie, nie mając pojęcia o tym, co dzieje się dalej, czyli w ten sposób, w jaki oceni je każda osoba zaczynająca przygodę z tym uniwersum. Nie można oceniać go przez pryzmat późniejszych części czy nawet odrębnych serii nawiązujących do świata z Darów Anioła, skoro jest to pozycja początkowa cyklu. Nie twierdzę, że cała historia zawarta we wszystkich książkach osadzonych w tym świecie jest nieciekawa – twierdzę jedynie, że wprowadzenie do niej nie porwało mnie na tyle, by bez zastanowienia sięgnąć po tom kolejny.

      Nie mam nic do opisów świata i poznawania praw nim rządzących, nawet napisałam, że to jest fajne, bo ów świat ma w sobie coś interesującego. Po prostu moim zdaniem można było ciekawie opisać całe uniwersum, a przy tym dodać nieco żywszej akcji w zamian za niepotrzebne jej rozciąganie i wyobraźnia także spokojnie mogłaby podsuwać czytelnikowi piękne obrazy.

      Coś mi się wydaje, że niedługo sięgnę jednak po kolejną część, by sprawdzić, jak sprawa się miewa dalej 😉

      Lubię to

  4. Z przykrością muszę przyznać, że moje obawy, co do tej książki się sprawdziły, bo moje zainteresowanie zgasło, niczym zdmuchnięty nagłym porywem wiatru wątły płomień świecy, gdy przeczytałam o ,,tajemniczym blondynie z nożem śledzącym tajemniczego chłopaka bez noża”. :<

    Co do rozciągania akcji, albo lania wody, to mogę podzielić się z Tobą moją teorią: otóż, wydaje mi się, że ,,początkujący” pisarze mają tendencję do nadmiernego ułatwiania czytelnikowi wejścia w świat swojej powieści i dlatego tworzą opowieści na zasadzie: ,,a gdybyś nie wiedziała, to wróżenie z Talii Smoków, zwanej inaczej Fatid, zostało odkryte kiedyśtam, gdzieśtam, przez kogośtam i każda z kart odpowiada jednemu z Domów obecnych w Talii, co wiąże się z…”. Z kolei wyrobieni pisarze, jak Erickson albo Dukaj, rzucają czytelnika od razu w wir powieści, czyniąc próg wejścia bardzo wysokim – wtedy narracja wygląda zupełnie inaczej, wiesz, że jest jakaś Talia Smoków, którą zwą Fatid, ale nie wiesz do końca, o co w niej chodzi i sama musisz to rozpracować. 😉

    Trzymaj się ciepło 😉

    Lubię to

    • Przepraszam 😦 mogło być ciekawie, ale ta rozciągnięta akcja mnie nie przekonała ani nie porwała…

      A co do Twojej teorii, to muszę się z nią zgodzić. Nawet na podstawie swoich pisarskich doświadczeń z młodzieńczych lat 😀 miałam tendencję do szerokiego opisywania świata, który mi się w głowie zrodził, tak by wszystko było jasne… Ale niestety, przedstawianie w ten sposób uniwersum może czytelnika znużyć. „Miasto kości” jest pierwszym tomem serii i jednocześnie pierwszą książką Clare, więc wszystko się zgadza. Być może w kolejnych częściach jest już lepiej, ale wprowadzenie nie zachęciło mnie za mocno do tego, by to sprawdzać…

      Pozdrawiam! 🙂

      Lubię to

  5. Ja uwielbiam tą serię, pomimo tego, że nie raz wkurzała mnie i naprawdę już miałam dość głupoty Clary. Przede wszystkim urzekły mnie drugi i trzeci tom i naprawdę szkoda, że nie autorka nie zrealizowała swojego pierwotnego planu jakim było napisanie trylogii tylko pociągnęła dalej, bo kiedy zaczęłam czytam czwarty tom to czar prysł. Zatrzymałam się na bodajże siódmym rozdziale i dalej nie mogłam zdzierżyć tego, że „Dary Anioła” tak diametralnie się zmieniły. (Nie powiem o co dokładnie mi chodzi, bo to były spoooojler :P) Zobaczymy, może kiedyś wrócę do tej serii, ale jak na razie to wolę czytać inną fantastykę. Co do serialu to się trochę rozczarowałam, mogło być lepiej, więc raczej nie polecam, zwłaszcza jeżeli komuś nie spodobał się film. Ale jeśli chodzi o świat Nocnych Łowców to ZDECYDOWANIE, DEFINITYWNIE I KONIECZNIE polecam „Diabelskie Maszyny”. Zupełnie inna bajka, zakochałam się od pierwszych słów. 😉 Mam nadzieję, że „Miasto kości” zbytnio Cię nie zraziło do runów, wilkołaków i faerie, bo moim zdaniem „Diabelskie Maszyny” to jeden z fantasy must-read. Tutaj główna bohaterka zachowuje się jak prawdziwa kobieta, z problemami miłosnymi, ale przynajmniej mózgiem i szarymi komórkami w głowie. Oczywiście, bez obrazy dla Clary, ale kto czytał ten w miarę wie o co cho. 😀

    Lubię to

    • Być może wrócę do tej serii i sięgnę kiedyś po drugi tom, skoro słyszę, że jest od pierwszego lepszy 🙂 filmu i serialu nie mam w planach oglądać, zwłaszcza że słyszałam niezbyt zachęcające opinie…

      Ogólnie świat Nocnych Łowców jest ciekawy i jest czymś, co w „Mieście kości” bardzo mi się podobało, więc jeśli mówisz, że „Diabelskie maszyny”, które też zresztą gdzieś tam na mojej liście do przeczytania się znajdują, są opowieścią lepszą od pierwszej części Darów Anioła… No to coś mi się wydaje, że się skuszę 😉 no i co najważniejsze – jeżeli Clary w końcu myśli, muszę to zobaczyć :DDD

      Lubię to

  6. Mi trudno jest ocenić tą książkę. Niby przygody Clary są ciekawe,a sam świat Mrocznych Łowców wciągający,to sama narracacja mnie nie powaliła. Opisy akcji nie łapie za serce,a jedyny największym plusem okazała się dla mnie postać Jace. Na pewno jescze kiedyś wrócę do „Miasta Kości”. Może zmienię wtedy zdanie? Często tak mam,że czytam coś z uśmiechem od ucha do ucha,a pozniej BUM. Kiedy czytam ponownie, czuje się rozczarowana.

    Lubię to

    • Często za drugim razem dostrzega się więcej, niż za pierwszym, i wtedy coś, co na początku nam się nie bardzo podobało, kradnie nasze serce. Ja tak często mam z muzyką, dopiero po kilku odsłuchaniach zaczynam pałac miłością do niektórych piosenek 😀 na odwrót także.

      Polubione przez 1 osoba

  7. Pingback: Top 5 książkowych rozczarowań, czyli popularne tytuły, które mnie zawiodły | iambiblioholic

  8. Pingback: Nie pochłonie cię. Katarzyna Bonda – „Pochłaniacz” | iambiblioholic

  9. Pingback: Podsumowanie roku 2016 – najlepsze i najgorsze książki! | iambiblioholic

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s