W pogoni za cieniem. Ingar Johnsrud – „Naśladowcy”

Mroczne eksperymenty, krwawe masakry, nieuchwytny morderca bez twarzy i śledztwo przynoszące zaskakujące informacje – tak w dużym skrócie można opisać pierwszą powieść spod pióra norweskiego dziennikarza, Ingara Johnsruda. Oto nowy głos na scenie skandynawskich kryminałów – czy warto wysłuchać, co ma do powiedzenia?

Oslo. Opinią publiczną wstrząsa informacja o tragicznym w skutkach napadzie na siedzibę pewnej religijnej organizacji – Światło Boga, w wyniku której śmierć poniosło kilka osób. Próbę wyjaśnienia okoliczności zbrodni podejmuje nadkomisarz Fredrik Beier, jednak szybko okazuje się, że sprawa jest dużo bardziej skomplikowana, niż wydawało się na początku, a tajemniczy sprawca w bardzo inteligentny sposób pogrywa sobie z prowadzącymi śledztwo i niestrudzenie zmierza do wybicia wszystkich, którzy kierowali stowarzyszeniem…  W dodatku kolejne tropy ujawniają, że nie chodzi tu o zwyczajne porachunki na tle religijnym, a eksperymenty rasowe z czasów drugiej wojny światowej w tajemniczy sposób wiążą się ze sprawą. Przed zespołem Fredrika staje trudne i niebezpieczne zadanie znalezienia sprawcy oraz ukrywających się członków Światła Boga…

„Naśladowcy” to debiut Ingara Johnsruda i przyznać muszę, że debiut mocny i krwawy. Dużo bowiem w powieści mordu, wybuchów, wypływających mózgów i makabrycznych szczegółów, dużo też się tu dzieje. Akcja, po początkowym nieco leniwym wprowadzeniu, rusza wartko do przodu i nie zwalnia aż do samego zakończenia. Wiele tu zaskoczeń, wydarzeń totalnie niespodziewanych i wbijających w fotel, wywołujących pytania „Ale jak to się mogło stać?”. Fałszywe tropy, pozornie pewne rozwiązania zagadek i teorie, które za chwile runą, bo morderca znowu przechytrzył policję, a na światło dzienne wyszedł nowy szczegół. Tak, nieprzewidywalność i akcja to najmocniejsze punkty programu – czytanie „Naśladowców” przypomina jazdę na rollercoasterze. Jest ciekawie, intensywnie i mrocznie.

Nie ma tu przesłodzenia, nie ma śledczych, którzy nigdy się nie mylą, nie ma różowych barw. Są komplikacje, problemy, nieuchwytny i diabelnie sprytny przestępca oraz wiele trupów. Podoba mi się, że prowadzący śledztwo przedstawieni zostali jako ludzie, którym nie zawsze wychodzi, którzy się mylą, a w śledztwie przez nich prowadzonym nie wszystko idzie tak, jak powinno. Chociaż momentami irytowała mnie nieostrożność i nieco naciągana wręcz głupota osób, które będąc na wyższych stanowiskach w policji, do niektórych kwestii podchodziły zbyt lekko i nieodpowiedzialnie, działały w pośpiechu i bez jakiegokolwiek przemyślenia i ostrożności – a przecież sprawa była poważna. Mam tu na myśli Sebastiana Kossa, który momentami wydawał się, poza ogromną chęcią do przypisywania sobie wszelkich zasług, zwyczajnie głupi. Nie wydaje mi się, żeby normalnym było, że osoba na tak odpowiedzialnym stanowisku działała tak bardzo pochopnie i narażała życie swoich pracowników. Obok niego, dla kontrastu, jest Fredrik Beier, działający bardziej metodycznie i wykazujący się odwagą oraz inteligencją w prowadzeniu śledztwa. Tak samo jak jego partnerka, Kafa Iqbal, mająca zadatki na ogromnie interesującą postać – szkoda tylko, że nie mamy możliwości lepiej poznać zarówno jej, jak i pozostałych bohaterów. Za mało tu bowiem emocji i przeżyć wewnętrznych czy rozterek, za mało też wiemy o postaciach, które zostały tylko zarysowane, chociaż kreską wyraźną; ważniejsza jest natomiast akcja i rozwiązywanie kryminalnej zagadki.

W „Naśladowcach” głównie obserwujemy policjantów przy pracy, śledzimy ich rozumowanie i odkrywamy razem z nimi nowe elementy układanki, a jednocześnie mamy wgląd w życie prywatne bohaterów – właściwie jednego  z nich, głównego, Beiera. Dowiadujemy się nieco o jego rodzinnej sytuacji, ale pozostaje to z boku głównych wydarzeń i właściwie mam wrażenie, że jest momentami dodawane na siłę, żebyśmy mieli możliwość poznać historię nadkomisarza, ale autor nie do końca wiedział, jak ją wcisnąć w opowieść. Niby narrator coś nam opowiada, ale w zasadzie nie ma to większego wpływu na fabułę i znika w cieniu dochodzenia i poszukiwania mordercy. Nie do końca mi to pasowało.

kryminał skandynawski naśladowcy Ingar Johnsrud recenzja welkinson iambiblioholic

Tak samo jak przeszkadzała mi momentami narracja. Johnsrud używa języka dosadnego, nie boi się makabrycznych i działających na wyobraźnię opisów, a ciężki klimat wzmacnia częste używanie krótkich, nawet jednowyrazowych zdań. Dzięki temu jest mrocznie i ciężko. Ok. Kłuła mnie jednak pewna niekonsekwencja w prowadzeniu opowieści – mamy postać, która snuje pewną historię, relacjonuje wydarzenia i nagle jej wypowiedź jest przechwytywana przez narratora, by za chwilę znowu oddać głos bohaterowi. Może taka konwencja ma jakieś wytłumaczenie, może miała na celu przekazanie czytelnikowi wiele treści bez przydługich dialogów, jednak dla mnie było to nieco męczące.

Motyw eksperymentów na ludziach, tajnych organizacji i badań rasowych z okresu drugiej wojny światowej, mających ze sobą jakiś tajemniczy związek, to motyw ciekawy i oryginalny; Johnsrud pokazał szaleństwo i fanatyzm człowieka, także na tle religijnym, które mogą doprowadzić go do czynienia strasznych rzeczy. Oczywiście wiele psychologii tu nie ma, jednak przeraża fakt, jak daleko człowiek może posunąć się w swojej obsesji i jak bardzo może wierzyć, że czyni dobrze, mimo że krzywdzi innych.

Fabularnie „Naśladowcy” stoją na wysokim poziomie, intrygę poprowadzono sprawnie, wodząc czytelnika za nos i nieustannie szokując, zaskakując, grając na jego uczuciach. Do ostatniej strony nie można być pewnym, że to już koniec, że sprawa została zamknięta, że już nic więcej się nie wydarzy… Ciągle się coś dzieje, i dzieje się wiele – przeszłość przeplata się z teraźniejszością, pozornie bez większego związku, ale związek ów istnieje i to kolejny szok dla czytelnika. Johnsrud wyciąga na wierzch lęki współczesnego człowieka i konfrontuje go z nimi bez pardonu. Prawdziwa jazda bez trzymanki.

Mimo to, dziełem na miarę „Millenium” czy twórczości Nesbø nazwać tego nie mogę, choć potencjał niewątpliwie istnieje. Momentami nie bardzo sprawnie poprowadzona narracja,  wątki obyczajowe wrzucone nieco na siłę i trochę naciągana głupota niektórych bohaterów sprawiła, że debiut Johnsrud nie do końca dobrze mi się czytało. Mimo że pozornie jest tu wszystko, co powinien mieć dobry kryminał – coś niezupełnie zagrało. Nadal jest to jednak powieść, którą warto poznać – przede wszystkim dla oryginalniej fabuły. Mam przy tym nadzieję, że w kolejnych częściach planowanej trylogii Johnsrud rozwinie skrzydła i poprowadzi historię tak brawurowo, jak w „Naśladowcach”, uchraniając się przy tym od wpadek technicznych, bo wymyślać intrygujące opowieści zdecydowanie potrafi – i oby tak dalej!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu

Reklamy

2 thoughts on “W pogoni za cieniem. Ingar Johnsrud – „Naśladowcy”

  1. Pingback: The Polish Vote – Wienerbrorskapet

  2. Pingback: Recenzja: Straceńcy – Ingar Johnsrud | iambiblioholic

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s